Polska chce do 2030 roku zbudować własny wojskowy system łączności satelitarnej. Założenia projektu przygotują ICEYE i Polska Grupa Zbrojeniowa. Hasło polskiego Starlinka brzmi efektownie, ale za nim kryje się przede wszystkim pytanie o suwerenność infrastruktury komunikacyjnej.
Podczas Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach premier Donald Tusk zapowiedział ambicję stworzenia polskiego Starlinka. Tego samego dnia ICEYE i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały list intencyjny dotyczący wspólnego opracowania wojskowego systemu łączności satelitarnej MILSATCOM. Program ma być realizowany w latach 2026–2030, a osiągnięcie pełnej zdolności operacyjnej zaplanowano na koniec tego okresu.
Nie drugi Starlink, ale własna infrastruktura
Starlink to globalna, komercyjna sieć satelitów zapewniająca dostęp do internetu. Projekt, o którym mowa w Kielcach, ma natomiast służyć przede wszystkim Siłom Zbrojnym RP i zapewnić im własne zdolności w zakresie łączności satelitarnej.
Według ICEYE planowana architektura ma być rozproszona i szyfrowana, a system ma pozostawać pod polską kontrolą. Założenia obejmują nie tylko segment kosmiczny, ale również infrastrukturę naziemną oraz rozwój krajowych zdolności produkcyjnych. ICEYE ma odpowiadać m.in. za architekturę systemu, projektowanie i produkcję satelitów oraz ich operowanie, podczas gdy PGZ ma wnieść potencjał przemysłowy i organizacyjny.
To istotna różnica. W przypadku infrastruktury krytycznej sama możliwość korzystania z satelitarnego internetu nie jest równoznaczna z posiadaniem własnej, kontrolowanej przez państwo infrastruktury komunikacyjnej.
Najpierw rozpoznanie, teraz łączność
Polska nie zaczyna jednak budowy kosmicznych kompetencji od zera. W 2025 roku MON podpisał z konsorcjum ICEYE Polska i Wojskowych Zakładów Łączności nr 1 umowę na Satelitarny System Obserwacji Ziemi w ramach programu MikroSAR. Jej wartość wynosi około 860 mln zł brutto. Podstawowy zakres obejmował trzy satelity, a kontrakt przewidywał opcję zakupu kolejnych trzech.
W 2026 roku system został przekazany wojsku. W maju na orbicie znajdował się już czwarty polski satelita radarowy w ramach rozwijanej konstelacji POLSARIS.
To ważne z punktu widzenia nowego projektu. Polska buduje bowiem kolejne elementy tego samego ekosystemu: zdolność obserwacji Ziemi, kompetencje przemysłowe, segment naziemny, a teraz także planuje stworzenie własnej infrastruktury łączności satelitarnej.
Współczesne działania wojskowe coraz mniej przypominają system, w którym poszczególne jednostki funkcjonują niezależnie. Dane z rozpoznania muszą trafić do odpowiednich odbiorców, a informacje o sytuacji na polu walki muszą być przesyłane szybko i bezpiecznie.
Dlatego można spojrzeć na projekt MILSATCOM nie jako kolejny zakup sprzętu kosmicznego, lecz jako element większej architektury komunikacyjnej.
I właśnie tutaj zaczyna się ciekawsza część całej historii.
Przez lata łączność satelitarna mogła być postrzegana jako odległa, specjalistyczna technologia, interesująca przede wszystkim wojsko i branżę kosmiczną. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Wojna w Ukrainie pokazała, jak istotne dla funkcjonowania nowoczesnego państwa i jego sił zbrojnych są odporne kanały komunikacji.
W tym sensie pytanie nie brzmi już tylko: czy Polska będzie miała własne satelity? Bardziej zasadne jest pytanie: czy będzie kontrolowała cały łańcuch komunikacji: od satelity, przez stację naziemną, po użytkownika końcowego?
Dziewięć satelitów do końca roku
Premier zapowiedział również, że do końca 2026 roku Polska będzie dysponować dziewięcioma satelitami dla wojska. Warto jednak oddzielić tę deklarację od projektu.
Nie chodzi bowiem o to, że dziewięć satelitów stworzy nagle konkurencyjną wobec Starlinka sieć internetową. Obecnie rozwijane polskie zdolności obejmują przede wszystkim rozpoznanie satelitarne, natomiast nowy projekt dotyczy łączności. To dwa różne zastosowania infrastruktury orbitalnej, choć mogą być częścią jednego systemu bezpieczeństwa.
Samo zwiększanie liczby satelitów również nie jest jeszcze równoznaczne z suwerennością. Potrzebne są stacje naziemne, systemy sterowania, oprogramowanie, zabezpieczenia, zdolność do produkcji i serwisowania urządzeń oraz – co szczególnie ważne – możliwość szybkiego uzupełnienia konstelacji w przypadku utraty części satelitów.
To właśnie naziemna część systemu może okazać się jednym z najważniejszych elementów całego przedsięwzięcia.
Satelita sam w sobie nie zapewnia użytkownikowi łączności. Potrzebna jest cała infrastruktura umożliwiająca przesyłanie, szyfrowanie, zarządzanie i dystrybucję danych. Dlatego ICEYE i PGZ zapowiadają budowę w Polsce odpowiedniej infrastruktury naziemnej oraz rozwój krajowych zdolności produkcyjnych.
Z perspektywy sektora telekomunikacyjnego to szczególnie interesujący element projektu. Łączność satelitarna nie musi bowiem konkurować z sieciami światłowodowymi czy komórkowymi. W wielu zastosowaniach będzie raczej ich uzupełnieniem szczególnie tam, gdzie infrastruktura naziemna jest niedostępna, uszkodzona albo narażona na fizyczne przerwanie.
Można więc wyobrazić sobie model, w którym światłowód, sieć mobilna i satelita nie są trzema konkurencyjnymi technologiami, lecz trzema warstwami jednego systemu komunikacyjnego.
„Polski Starlink” to dopiero początek drogi
Warto przy tym zachować proporcje. Podpisanie listu intencyjnego oznacza rozpoczęcie współpracy nad koncepcją systemu, a nie jego gotową budowę. ICEYE i PGZ dopiero mają przeprowadzić prace prowadzące do stworzenia docelowej architektury. Pełną zdolność operacyjną zaplanowano na 2030 rok.
To oznacza, że przed projektem pozostaje kilka zasadniczych pytań: ile satelitów będzie liczyć konstelacja, jakie będą jej parametry, jaka będzie przepustowość systemu, w jaki sposób zostanie zapewniona redundancja oraz jak będzie wyglądała integracja z istniejącymi systemami łączności wojska.
Być może właśnie te informacje będą w kolejnych latach ciekawsze niż samo określenie polski Starlink.
Czytaj także:


