Raport Polaków Portret Własny wywołał falę krytyki po ujawnieniu błędów merytorycznych, problemów z przypisami oraz informacji o wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Barbara Mróz-Gorgoń zrezygnowała ze stanowiska pełnomocniczki rządu ds. promocji marki Polski. Teraz sprawę analizuje Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu, na którym pracuje.
Sprawa raportu Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska wchodzi w kolejny etap. Po politycznych konsekwencjach publikacji i rezygnacji Barbary Mróz-Gorgoń ze stanowiska pełnomocniczki rządu ds. promocji marki Polski głos zabrali minister nauki Marcin Kulasek oraz Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu.
To właśnie kwestia odpowiedzialności za przygotowanie materiału stała się jednym z najważniejszych elementów całej dyskusji. Raport miał przedstawiać obraz Polaków i wnioski dotyczące marki Polski. Tymczasem po jego upublicznieniu uwagę opinii publicznej przyciągnęły nie tylko same wnioski, ale przede wszystkim błędy, sposób prezentowania danych oraz pytania o proces powstawania dokumentu.
Minister podkreślił, że rzetelność w nauce jest kwestią podstawową. Jego zdaniem decyzja o rezygnacji ze stanowiska pełnomocniczki była właściwa, natomiast ocena dorobku naukowego Mróz-Gorgoń nie należy do ministra.
– Odpowiedzialność za efekt wykorzystania możliwości sztucznej inteligencji zawsze pozostaje po stronie człowieka – mówił Marcin Kulasek w rozmowie z Polską Agencją Prasową.
Jak zaznaczył, korzystanie z AI nie może oznaczać rezygnacji z krytycznego myślenia i samodzielnej weryfikacji materiału. To szczególnie istotne w przypadku opracowań, które mają ambicje naukowe, eksperckie lub mają być wykorzystywane w działaniach instytucji publicznych.
Uczelnia nie przesądza o konsekwencjach
Barbara Mróz-Gorgoń jest pracowniczką Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Uczelnia poinformowała, że analizuje sprawę zgodnie z obowiązującymi procedurami oraz przepisami. Na razie nie przesądza jednak, jakie będą dalsze konsekwencje.
Na tym etapie nie przesądzamy o dalszych działaniach. Decyzje w sprawie zaangażowania dydaktycznego Pani Profesor zostaną podjęte w najbliższym czasie – przekazała rzeczniczka uczelni Joanna Borkowska.
Jednocześnie uczelnia zaapelowała o powstrzymanie się od jednoznacznych ocen do czasu wyjaśnienia wszystkich okoliczności.
To istotny element całej sprawy. Publiczna krytyka raportu i ocena jego jakości to jedno. Odpowiedzialność zawodowa czy naukowa konkretnej osoby to już zupełnie inna kwestia i powinna być rozstrzygana na podstawie dokumentów, procedur i ustaleń właściwych organów.
Nie oznacza to, że uczelnia powinna ignorować pojawiające się zarzuty. Wręcz przeciwnie. Jeżeli materiał został przygotowany przez osobę związaną ze środowiskiem akademickim, naturalne jest pytanie o standardy, które obowiązują przy tworzeniu podobnych opracowań.
Jednocześnie czym innym jest wewnętrzna analiza uczelni, a czym innym publiczne przesądzanie o winie czy odpowiedzialności jeszcze przed zakończeniem takiej analizy.
Raport pełen kontrowersji
Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska znalazł się pod ostrzałem po publikacji w internecie. Krytycy wskazywali m.in. na błędy dotyczące geografii Polski, niepełne lub puste przypisy, nieudokumentowane dane oraz problemy językowe.
W dokumencie Katowice miały zostać umieszczone w północnej części Polski, a Wrocław przypisano do północno-zachodniej części kraju. W raporcie pojawiła się również informacja, że 95 proc. młodych Polaków płynnie posługuje się językiem angielskim. Zwracano także uwagę na liczbę polskich noblistów podaną w opracowaniu oraz nietypowe angielskie sformułowania, które znalazły się w polskojęzycznym dokumencie.
Problem nie sprowadza się więc do pojedynczej literówki czy pomyłki, która może zdarzyć się nawet w profesjonalnym materiale. Krytycy raportu wskazują na większy problem – sposób weryfikowania informacji i źródeł przed publikacją.
Jeżeli dokument ma charakter ekspercki, odbiorca ma prawo oczekiwać, że zawarte w nim dane zostały sprawdzone. Dotyczy to zarówno podstawowych faktów geograficznych, jak i statystyk, wyników badań czy informacji przedstawianych jako element szerszej analizy.
AI pod lupą
Kontrowersje wzbudziła również kwestia wykorzystania sztucznej inteligencji.
Według części komentujących znaczna część materiału mogła zostać wygenerowana przez AI. Mróz-Gorgoń zaprzeczała jednak, aby sztuczna inteligencja tworzyła zasadniczą treść badań i wnioski. Przyznała, że AI było wykorzystywane m.in. do transkrypcji, podsumowania i redakcji materiałów.
W rozmowie z Polsat News tłumaczyła również, że dokument był materiałem roboczym powstającym w toku pracy i nie powinien trafić do publicznego obiegu. To tłumaczenie otwiera jednak kolejne pytanie: w jaki sposób dokument znalazł się w przestrzeni publicznej i dlaczego materiał zawierający tego rodzaju błędy nie został wcześniej zweryfikowany.
Sama obecność AI w procesie tworzenia dokumentu nie jest dziś niczym nadzwyczajnym. Problem pojawia się wtedy, gdy narzędzie zaczyna zastępować weryfikację człowieka.
Sztuczna inteligencja może wygenerować tekst brzmiący przekonująco, ale nie oznacza to automatycznie, że zawarte w nim informacje są prawdziwe. Może powielić błędne dane, stworzyć nieistniejące źródło albo przedstawić nieprawidłową informację w sposób, który na pierwszy rzut oka wygląda wiarygodnie.
Dlatego odpowiedzialność za końcowy dokument pozostaje po stronie jego autorów i osób, które decydują o jego wykorzystaniu.
Spór o pieniądze i charakter dokumentu
W przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, że przygotowanie raportu kosztowało około 200 tys. zł. Ministerstwo Sportu i Turystyki zaznaczyło jednak, że dokument prezentowany w internecie nie był przedmiotem zamówienia resortu ani elementem rozliczenia umowy.
Ministerstwo informowało, że zawarta umowa dotyczyła m.in. przygotowania strategii marki Polska, przeprowadzenia badań, organizacji konferencji oraz warsztatów i paneli eksperckich. Resort podał, że rozliczenie umowy opiewało na 179 738,19 zł, a internetowy raport nie był częścią tego rozliczenia.
Także Fundacja Marka Polska, z którą związana była Mróz-Gorgoń, w swoim oświadczeniu podkreśliła, że nie była stroną umowy z Ministerstwem Sportu i Turystyki ani formalnym wykonawcą projektu. Fundacja poinformowała również o porządkowaniu i zabezpieczaniu dokumentacji.
Kwestia pieniędzy jest istotna przede wszystkim dlatego, że w debacie publicznej szybko zaczęły funkcjonować uproszczone informacje dotyczące kosztów całego przedsięwzięcia. Tymczasem charakter poszczególnych dokumentów, zakres umowy i sposób jej rozliczenia wymagają rozdzielenia.
To dobry przykład problemu, który pojawia się w podobnych medialnych aferach. Jeden dokument, jedna kwota czy jeden fragment wypowiedzi potrafią zacząć funkcjonować jako samodzielna historia, oderwana od pełnego kontekstu.
Krytyka jest potrzebna. Internetowy lincz już niekoniecznie
W tej sprawie trudno bronić błędów, które pojawiły się w dokumencie. Jeżeli opracowanie pretenduje do miana poważnego materiału eksperckiego, podstawowa weryfikacja faktów, źródeł i danych powinna być oczywistością. Szczególnie wtedy, gdy wokół projektu pojawiają się środki publiczne i osoby pełniące funkcje publiczne.
Naganne byłoby również przerzucanie odpowiedzialności na samą sztuczną inteligencję. AI może być narzędziem pracy, ale nie ponosi odpowiedzialności za opublikowany dokument. Ostatecznie za jego treść odpowiadają ludzie. Warto jednak zatrzymać się w tym miejscu i spojrzeć na sprawę szerzej.
Internet bardzo szybko potrafi zamienić uzasadnioną krytykę w cyfrowy lincz. Algorytmy mediów społecznościowych premiują emocje, oburzenie i krótkie, jednoznaczne komunikaty. Im mocniejszy przekaz, tym większa szansa, że zostanie podany dalej. W efekcie złożona sprawa może w ciągu kilku godzin zostać sprowadzona do jednego hasła i jednego winnego.
Najpierw pojawia się błąd. Później komentarze. Następnie kolejne publikacje wykorzystujące wcześniejsze publikacje jako źródło. Do tego dochodzą media społecznościowe, gdzie pojedynczy wpis może zostać udostępniony tysiące razy. W pewnym momencie pierwotna informacja zaczyna żyć własnym życiem.
I właśnie tutaj łatwo przekroczyć granicę między kontrolą osoby publicznej a jej medialnym zniszczeniem.
Nie oznacza to oczywiście, że osoby publiczne powinny być chronione przed krytyką. Wręcz przeciwnie. Powinny być oceniane szczególnie dokładnie, ponieważ ich działania mogą mieć wpływ na instytucje publiczne, wydatkowanie pieniędzy czy sposób funkcjonowania państwa.
Ale krytyka powinna dotyczyć faktów, decyzji i odpowiedzialności. Nie powinna automatycznie przeradzać się w próbę podważenia całego dorobku zawodowego człowieka na podstawie jednego dokumentu.
Gdzie kończy się krytyka, a zaczyna nagonka?
W przypadku raportu krytyka jest uzasadniona. Błędy merytoryczne należy wskazywać, pytania o źródła są zasadne, a wykorzystanie AI bez odpowiedniej kontroli powinno być przedmiotem dyskusji.
Nie ma nic niewłaściwego w zadawaniu pytań o kompetencje, odpowiedzialność czy standardy obowiązujące przy tworzeniu dokumentu. Granica zostaje jednak przekroczona wtedy, gdy krytyka konkretnego materiału zaczyna być przedstawiana jako ostateczny wyrok dotyczący całego człowieka.
Czym innym jest powiedzenie: ten dokument zawiera poważne błędy, a czym innym próba zbudowania z tego kompletnej historii o człowieku, jego kompetencjach, uczciwości i całym dorobku.
Jeszcze czymś innym jest dopisywanie do sprawy twierdzeń, które nie wynikają z dostępnych dokumentów albo nie zostały potwierdzone przez właściwe instytucje. W świecie, w którym informacja rozchodzi się błyskawicznie, cofnięcie takiej narracji jest niezwykle trudne. Sprostowanie niemal nigdy nie ma takiego zasięgu jak pierwotny zarzut.
Dlatego właśnie szczególnej ostrożności wymagają sytuacje, w których konsekwencje reputacyjne mogą pojawić się natychmiast, a formalne ustalenia dopiero powstaną.
Teraz czas na ustalenia
Sprawa raportu pokazuje jednocześnie dwa problemy.
Pierwszym jest odpowiedzialność za przygotowanie i publikowanie materiałów z wykorzystaniem AI. Drugim – sposób, w jaki współczesne media społecznościowe i algorytmy potrafią eskalować kryzys reputacyjny. To także szersza lekcja dla instytucji publicznych, uczelni i ekspertów. Samo wykorzystanie nowoczesnych narzędzi nie jest problemem. Problemem jest brak kontroli nad efektem ich działania.
Jeżeli AI pomaga stworzyć dokument, człowiek nadal powinien sprawdzić jego fakty, źródła, liczby i wnioski. Im większe znaczenie dokumentu, tym większa powinna być staranność takiej weryfikacji. Z drugiej strony osoby komentujące sprawę również powinny pamiętać, że odpowiedzialność za krytykę nie znika tylko dlatego, że odbywa się ona w mediach społecznościowych.
Ostateczna ocena odpowiedzialności Barbary Mróz-Gorgoń powinna więc opierać się na ustaleniach właściwych instytucji, a nie wyłącznie na tym, który wpis w mediach społecznościowych zdobył największe zasięgi. Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu na razie nie przesądza o dalszych krokach. I być może właśnie tego w tej sprawie potrzeba najbardziej: najpierw fakty, potem ocena.
Bo krytyka jest potrzebna. Szczególnie wtedy, gdy dotyczy pieniędzy publicznych, jakości eksperckich opracowań i odpowiedzialności osób pełniących ważne funkcje.
Ale równie potrzebna jest granica. Jeżeli jej zabraknie, internetowy mechanizm rozliczania błędów może bardzo łatwo zmienić się w mechanizm niszczenia ludzi. A między tymi dwoma zjawiskami jest różnica, której w emocjach i tempie cyfrowej debaty coraz częściej nie dostrzegamy.


