Konflikt Zygmunta Solorza z jego dziećmi – Tobiasem Solorzem, Piotrem Żakiem i Aleksandrą Żak – zakończył się w grudniu 2025 roku pełnym przejęciem kontroli nad biznesowym imperium przez potomków miliardera. Rynek telewizyjny śledził z zaciekawieniem, ale nie cierpiał z tego powodu. Spektakl sądowy trwał zadziwiająco krótko. W polskich warunkach byłaby to brazylijska telenowela, a skończyło się na filmie krótkometrażowym.
Zabawę popsuły sądy w Lichtensteinie, które na zasadzie ugruntowanego stuletnią tradycją orzecznictwa dotyczącego fundacji, potrafiły zamknąć spór w dwóch instancjach prawomocnym wyrokiem po zaledwie kilkunastu miesiącach procedowania.
Zaryzykuję stwierdzenie, że z punktu widzenia zwykłych zjadaczy chleba jakimi jesteśmy wyrok jest bez znaczenia. Sukcesja prędzej, czy później by się dokonała. Taki był przecież cel stworzenia fundacji TiVi i Solkomtel. Dlatego chciałbym zwrócić uwagę na inne aspekty tej rodzinnej rozgrywki i jej konsekwencje.
Dowiedzieliśmy się:
- gdzie i jak swój majątek lokują polscy miliarderzy (nie tylko Zygmunt Solorz założył fundacje w Lichtensteinie);
- jak ogromne znaczenie ma stabilność prawna i polityczna państwa i jakie straty przynosi jej brak (pierwsza zasada: majątek-tak, byle nie w Polsce);
- otrzymaliśmy instrukcję jak zabezpieczyć kapitał i optymalizować go podatkowo (o fundacji rodzinnej już pisaliśmy, ale trudno o lepszy przykład z życia wzięty).
Dostaliśmy również ostrzeżenie przed możliwością utraty kontroli nad swoim imperium. Jeden podpis i karta stół. Solorz to nie premier, a Lichtenstein to nie Polska. Podpisu nie można wycofać.
Proces stał się więc promocją fundacji rodzinnej, która w Polsce powstała w 2023 roku i podobno cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Do sądów wpłynęło 4000 wniosków a zarejestrowano prawie 2,5 tysiąca takich osób prawnych. Warto przy tym podkreślić, że polskie przepisy dotyczące fundacji rodzinnych były częściowo wzorowane na tych z Lichtensteinu, gdzie powstały dokładnie 100 lat temu.
Jak małe państwo stworzyło globalny system ochrony majątku
W 1926 roku Wilhelm Beck napisał rewolucyjną ustawę o osobach i spółkach (PGR – Personen- und Gesellschaftsrecht). Jej celem było stworzenie bezpiecznego miejsca dla kapitału w niestabilnej Europie. Fundacja stała się osobą prawną bez właściciela i to była genialna koncepcja, ponieważ rozwiązywała trzy najważniejsze problemy miliarderów:
- utratę kontroli;
- rozdrobnienie majątku przy podziale spadku
- oraz ryzyko konfiskaty przez wierzycieli.
W fundacji w Liechtensteinie nie ma udziałów, akcji ani właścicieli. Majątek należy do fundacji, która jest oddzielnym bytem prawnym. Fundator nie posiada fundacji, jego wierzyciele nie mają czego zająć. Majątek pozostaje w jednej ręce (fundacji) na wieki. Beneficjenci dostają jedynie wypłaty (zyski), ale nie mogą wynieść ze sobą kawałka firmy czy nieruchomości.
Dzięki tej ustawie przez przeszło 80 lat Lichtenstein zyskał miano najbardziej dyskretnej jurysdykcji na świecie.
Era transparentności, czyli: Jak globalny system chce kontrolować nasze majątki
W 2008 roku OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) wymusiła powołanie organu kontrolnego STIFA grożąc Księstwu Lichtenstein umieszczeniem na czarnej liście państw, które nie chcą współpracować podatkowo. Później Liechtenstein przystąpił do standardów automatycznej wymiany informacji CRS i AML (system międzynarodowej kontroli skarbowej i przeciwdziałania praniu pieniędzy) tym samym kończąc erę absolutnej dyskrecji.
Obecnie fundacje muszą już rejestrować swoich beneficjentów, chociaż te informacje nie są publicznie dostępne. Międzynarodowe instytucje wsparte współczesną technologią w imię walki ze złem i dla naszego dobra krok po kroku ograniczają naszą wolność i prywatność.
Polska fundacja rodzinna nie jest tak anonimowa i inaczej rozlicza się z fiskusem. Jest tańsza w utrzymaniu, ale nie tak skuteczna w sprawach spadkowych. Z pewnością cieszy się ogromną popularnością i jeśli rządzący w przyszłości jej nie popsują, może być bardzo dobrym sposobem na przekazywanie majątku z pokolenia na pokolenie. Nawet jeśli to nowe pokolenie okaże się zachłanne i wystawi nas za drzwi. Ostatecznie jednak wszystko zostanie w rodzinie. Tylko nie wiem, które przysłowie tu bardziej pasuje: co w rodzinie to nie zginie czy niedaleko pada jabłko od jabłoni?
Czytaj także:



