25 czerwca minął rok od startu Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, który w ramach misji Axiom 4 poleciał na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Drugi Polak w kosmosie spędził na ISS około dwóch tygodni, realizując eksperymenty naukowe i przypominając, że udział Polski w podboju przestrzeni kosmicznej nie musi ograniczać się do historycznych wspomnień.
Dziś symboliczny sukces astronauty zaczyna być uzupełniany przez znacznie bardziej przyziemne, ale potencjalnie ważniejsze decyzje: w Warszawie powstanie centrum technologiczne Europejskiej Agencji Kosmicznej, a polskie firmy mają uczestniczyć w budowie bezzałogowego statku przeznaczonego do obsługi satelitów na orbicie.
Interstellar po polsku
To dobry moment, aby zapytać, czy Polska rzeczywiście zaczyna budować sektor kosmiczny, czy na razie przede wszystkim skutecznie buduje wokół niego polityczną narrację.
Decyzja Europejskiej Agencji Kosmicznej o utworzeniu centrum w Warszawie bez wątpienia ma znaczenie symboliczne i strategiczne. Polska stanie się pierwszym państwem spoza grona założycieli ESA, w którym powstanie placówka tej rangi. Będzie to również pierwszy tego rodzaju ośrodek agencji na wschodniej flance Unii Europejskiej.
Znacznie ważniejszy od lokalizacji jest jednak planowany zakres jego działalności. Warszawskie centrum ma koncentrować się między innymi na bezpieczeństwie, zarządzaniu kryzysowym oraz technologiach podwójnego zastosowania, wykorzystywanych zarówno w sektorze cywilnym, jak i obronnym.
To pokazuje, jak bardzo zmieniło się współczesne myślenie o przestrzeni kosmicznej. Kosmos nie jest już odległą domeną zarezerwowaną dla największych mocarstw i najbardziej prestiżowych projektów naukowych. Stał się kolejną warstwą infrastruktury, od której zależą telekomunikacja, energetyka, transport, administracja publiczna, rolnictwo, zarządzanie kryzysowe i bezpieczeństwo państwa.
Satelity dostarczają dane, wspierają nawigację, umożliwiają obserwację powierzchni Ziemi i synchronizują pracę wielu systemów. Wojna w Ukrainie dodatkowo pokazała, że dostęp do danych satelitarnych i odpornej komunikacji nie jest technologicznym dodatkiem, ale jednym z fundamentów działania nowoczesnego państwa.
W tym sensie centrum ESA w Warszawie nie jest wyłącznie nagrodą za rosnące ambicje Polski. Jest również zobowiązaniem. O jego sukcesie nie zdecyduje liczba uroczystych konferencji ani wielkość logo umieszczonego na budynku, lecz to, ile kompetencji, zamówień, projektów badawczych i miejsc pracy pozostanie w naszym kraju.
Polska odyseja kosmiczna dopiero się zaczyna
Rząd podkreśla, że w latach 2023–2025 Polska dziesięciokrotnie zwiększyła składkę do ESA. Na programy opcjonalne agencji w latach 2026–2028 mamy przeznaczyć 550 mln euro, czyli ponad 2 mld zł. Grupa PFR zapowiedziała ponadto utworzenie funduszu o wartości 500 mln zł, który ma wspierać przedsiębiorstwa sektora kosmicznego.
To już nie są środki wystarczające jedynie na pojedyncze eksperymenty, wydarzenia promocyjne czy edukacyjne modele rakiet. Mówimy o realnej próbie stworzenia nowej gałęzi gospodarki. Tym bardziej zasadne staje się pytanie, kto będzie głównym beneficjentem tych inwestycji.
Jednym z najbardziej interesujących projektów ma być budowa pierwszego polskiego bezzałogowego statku kosmicznego. Nazwa może przywodzić na myśl pojazd rodem z filmów science fiction, ale w praktyce chodzi o znacznie bardziej pragmatyczne urządzenie, czyli orbitalnego serwisanta.
Satelita ma wykonywać złożone manewry w pobliżu innych obiektów, prowadzić inspekcje wizualne, transportować ładunki, a w kolejnych etapach również dokować, tankować i wykonywać prace naprawcze. Pierwsza misja demonstracyjna planowana jest na 2029 rok.
Liderem międzynarodowego konsorcjum realizującego przedsięwzięcie jest PIAP Space. W projekcie uczestniczą również Creotech Instruments, Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa, GMV Polska oraz Wojskowa Akademia Techniczna, przy wsparciu Polskiej Agencji Kosmicznej.
To ważne, ponieważ rynek kosmiczny wchodzi w etap podobny do tego, który wcześniej przechodziły telekomunikacja czy energetyka. Nie wystarczy już zbudować urządzenie i umieścić je na orbicie. Rosnąca liczba satelitów oznacza konieczność ich monitorowania, diagnozowania, naprawiania, ochrony i bezpiecznego usuwania po zakończeniu eksploatacji.
Kosmos staje się infrastrukturą wymagającą stałego zarządzania. Wokół niej będą powstawać usługi serwisowe, transportowe i logistyczne. Polska ma szansę wejść na ten rynek w momencie, gdy jego reguły nie zostały jeszcze ostatecznie ustalone.
Sama obecność na orbicie nie daje jednak technologicznej suwerenności. Satelita bez zaplecza naziemnego pozostaje jedynie drogim urządzeniem krążącym setki kilometrów nad naszymi głowami.
Każda usługa oparta na danych satelitarnych wymaga ich odebrania, przesłania, przetworzenia, przechowania, przeanalizowania i zabezpieczenia. Potrzebne są stacje naziemne, centra danych, sieci światłowodowe, węzły wymiany ruchu, systemy chmurowe i rozwiązania cyberbezpieczeństwa.
Niech moc będzie z nami
Z perspektywy branży telekomunikacyjnej to właśnie ten obszar może okazać się najważniejszy. Rozwój sektora kosmicznego oznacza wzrost zapotrzebowania na szybką, odporną i bezpieczną transmisję danych. Otwiera przestrzeń dla operatorów, integratorów, dostawców centrów danych oraz firm rozwijających systemy analityczne i komunikacyjne.
Dotyczy to również lokalnych operatorów. Technologie kosmiczne nie muszą być wykorzystywane wyłącznie w wielkich projektach wojskowych czy ogólnokrajowych systemach. Dane satelitarne mogą wspierać samorządy, lokalny przemysł, energetykę, rolnictwo i służby ratownicze.
Mogą być używane do monitorowania zagrożenia powodziowego, wykrywania pożarów, obserwowania infrastruktury krytycznej, analizowania zmian środowiskowych czy planowania działań podczas sytuacji kryzysowych. Aby informacje z orbity stały się użyteczne, trzeba je jednak połączyć z naziemnymi czujnikami, sieciami telekomunikacyjnymi i lokalnymi centrami zarządzania.
Dlatego rozmowa o polskich ambicjach kosmicznych powinna być jednocześnie rozmową o odporności całego krajowego ekosystemu cyfrowego. O tym, gdzie przetwarzane są dane, kto kontroluje wykorzystywane oprogramowanie, kto odpowiada za transmisję i czy najważniejsze usługi będą mogły działać również w sytuacji kryzysowej.
Suwerenność technologiczna nie polega na umieszczeniu biało-czerwonej flagi na satelicie. Polega na zdolności samodzielnego projektowania, utrzymywania i wykorzystywania całego systemu: od orbity po urządzenie końcowe.
Warszawskie centrum ESA może przyciągnąć specjalistów, projekty i finansowanie, a polskim przedsiębiorstwom ułatwić wejście do europejskich łańcuchów dostaw. Może również stać się jedynie prestiżową instytucją, wokół której większość wartości gospodarczej będą tworzyć zagraniczne podmioty.
To, który scenariusz zostanie zrealizowany, zależy przede wszystkim od sposobu wydawania zapowiedzianych środków. Potrzebne są przejrzyste zamówienia, wspieranie krajowych konsorcjów, współpraca nauki z biznesem oraz konsekwentne budowanie kompetencji. Pieniądze przeznaczone na składkę do ESA powinny w możliwie dużym stopniu wracać do Polski w postaci kontraktów, technologii i wiedzy.
Lot Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego był ważnym symbolem i bez wątpienia pomógł zainteresować Polaków sektorem kosmicznym. Rok później przyszedł czas na etap mniej widowiskowy.
Czytaj także:


