Tegoroczne matury po raz kolejny pokazały, że problemem nie są już klasyczne przecieki rozumiane jako ujawnienie arkuszy przed egzaminem. Problemem jest funkcjonowanie egzaminów państwowych w rzeczywistości, w której każdy smartfon jest jednocześnie aparatem, terminalem komunikacyjnym i narzędziem natychmiastowej publikacji treści w internecie.
Zdjęcia fragmentów arkusza maturalnego z języka polskiego zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych już po rozpoczęciu egzaminu. Centralna Komisja Egzaminacyjna zapowiedziała analizę sytuacji i nie wykluczyła zawiadomienia do prokuratury. W debacie publicznej szybko pojawiły się jednak pytania, czy rzeczywiście mamy do czynienia z przestępstwem, czy raczej z naruszeniem procedur egzaminacyjnych.
To istotne rozróżnienie. Arkusz egzaminacyjny pozostaje materiałem niejawnym wyłącznie do momentu rozpoczęcia egzaminu. Jeśli materiały trafiają do sieci po godzinie 9.00, nie oznacza to automatycznie wycieku w rozumieniu karnym. Oznacza natomiast, że ktoś złamał regulamin egzaminu, wnosząc na salę urządzenie telekomunikacyjne i wykorzystując je podczas matury. W takim przypadku podstawową konsekwencją powinno być unieważnienie egzaminu, zgodnie z obowiązującymi procedurami CKE.
Warto przy tym zauważyć, że obecny system organizacji egzaminów coraz wyraźniej przegrywa z realiami technologii mobilnych. Szkoły funkcjonują dziś w środowisku permanentnej łączności. Smartfon nie wymaga dostępu do szkolnej sieci, nie potrzebuje skomplikowanej infrastruktury i pozwala na publikację materiałów w czasie liczonym w sekundach. Oznacza to, że nawet bardzo restrykcyjne procedury organizacyjne mogą okazać się niewystarczające, jeśli nadzór nad przebiegiem egzaminu nie będzie realny i konsekwentny.
Internet dodatkowo wzmacnia skalę zjawiska. Jeszcze przed rozpoczęciem matury wyszukiwarki i media społecznościowe były pełne zapytań o przecieki, pewniaki czy przewidywane tematy rozprawek. Po publikacji pierwszych zdjęć arkuszy algorytmy platform społecznościowych zaczęły promować temat automatycznie, ponieważ wzbudzał ogromne zainteresowanie użytkowników. W praktyce oznacza to, że pojedynczy incydent bardzo szybko urasta do rangi ogólnopolskiej afery.
Nie można jednak sprowadzać całej dyskusji wyłącznie do kwestii odpowiedzialności pojedynczych maturzystów. Tegoroczna sytuacja pokazuje przede wszystkim, że państwowy system egzaminacyjny wymaga dostosowania do współczesnych realiów komunikacyjnych. Dotyczy to zarówno procedur bezpieczeństwa, jak i samej organizacji egzaminów.
Wiceszefowa MEN Katarzyna Lubnauer wspomniała o możliwości tworzenia w przyszłości specjalnych centrów egzaminacyjnych z ograniczonym dostępem do internetu. To sygnał, że również administracja zaczyna dostrzegać skalę problemu. Jednocześnie trzeba pamiętać, że każda próba dalszego uszczelniania systemu będzie oznaczała wzrost kosztów organizacyjnych oraz większą presję kontrolną wobec uczniów i szkół.
Warto też zachować proporcje. Obecnie nie ma informacji wskazujących, by arkusze maturalne wyciekły przed rozpoczęciem egzaminów. To zasadnicza różnica względem sytuacji, które mogłyby realnie podważyć wiarygodność całego systemu egzaminacyjnego. Dzisiejsze przypadki są przede wszystkim dowodem na to, że technologia mobilna skutecznie obchodzi procedury stworzone jeszcze dla świata analogowego.
I właśnie to powinno być dziś głównym tematem debaty: nie medialne straszenie prokuraturą, lecz pytanie, jak zorganizować egzaminy państwowe w epoce natychmiastowej komunikacji i powszechnego dostępu do internetu.
Czytaj także:


