Kilka dni temu w mediach społecznościowych pojawił się materiał opublikowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Film zatytułowany „Reforma Państwowej Inspekcji Pracy wytłumaczona przez kotki 🐈” miał w lekkiej, humorystycznej formie przybliżyć odbiorcom zmiany w funkcjonowaniu Państwowa Inspekcja Pracy.
Na ekranie pojawiają się sympatyczne zwierzęta, podpisy wyjaśniające kolejne elementy reformy i prosty przekaz, który – w zamyśle twórców – ma być bardziej przystępny dla odbiorców mediów społecznościowych.
Na pierwszy rzut oka to drobiazg. Jeszcze jeden z tysięcy krótkich materiałów publikowanych codziennie przez instytucje publiczne. W rzeczywistości jednak ten film jest symptomem znacznie szerszego zjawiska: postępującej infantylizacji języka polityki w internecie, która paradoksalnie współistnieje z jego coraz większą brutalizacją.
Dwie tendencje, które na pierwszy rzut oka wydają się sprzeczne, w rzeczywistości rosną równolegle i wzajemnie się napędzają.
Polityka w formacie TikToka
Media społecznościowe zmieniły sposób komunikowania się instytucji publicznych z obywatelami. Logika internetu jest prosta: krótkie formy, wyraźna emocja, natychmiastowa reakcja odbiorcy. Algorytmy premiują treści lekkie, zaskakujące lub rozrywkowe. Analiza legislacyjna czy wyjaśnienie reformy rynku pracy nie mają w tej konkurencji większych szans.
Dlatego polityka coraz częściej korzysta z języka memów, animacji, humorystycznych filmów czy emotikonów. Instytucje publiczne zaczynają komunikować się tak, jak influencerzy – starając się przede wszystkim przyciągnąć uwagę.
Kotki tłumaczące reformę instytucji państwowej są więc nie tyle wpadką, ile logiczną konsekwencją tej strategii. Tyle że w pewnym momencie pojawia się pytanie: czy państwo powinno komunikować się z obywatelami jak z użytkownikami platformy rozrywkowej?
Gdy obywatel staje się widzem
Infantylizacja komunikacji publicznej ma subtelne, ale poważne konsekwencje. Reformy instytucji, proces legislacyjny czy zmiany w prawie pracy są z natury rzeczy złożone. Ich zrozumienie wymaga czasu i kontekstu. Gdy jednak zostają sprowadzone do kilkunastosekundowego filmu z elementem humorystycznym, przekaz traci swoją wagę.
Nie chodzi o to, by państwo mówiło językiem niezrozumiałego żargonu urzędniczego. Przeciwnie – komunikacja publiczna powinna być jasna i przystępna. Problem pojawia się wtedy, gdy upraszczanie przekazu zamienia się w jego banalizację.
W takiej narracji obywatel przestaje być partnerem w rozmowie o sprawach publicznych. Zaczyna być traktowany raczej jak widz, który potrzebuje atrakcyjnej wizualnie historii, aby zainteresować się decyzjami państwa.
Druga strona medalu: brutalizacja
Równolegle z infantylizacją przekazu obserwujemy proces odwrotny: coraz większą brutalizację języka politycznego w internecie. Nie chodzi wyłącznie o anonimowe komentarze użytkowników. Ostry język coraz częściej pojawia się również w wypowiedziach samych polityków.
Kilka tygodni temu premier Donald Tusk, odnosząc się do przeciwników politycznych, użył w jednej z publicznych wypowiedzi określenia zakute łby. Sformułowanie to natychmiast stało się elementem medialnego sporu i viralowym cytatem w mediach społecznościowych.
W ostatnich latach przestrzeń internetowej debaty publicznej wypełniły określenia takie jak zdrajcy, agenci, propaganda, układ, antypaństwowa działalność. Niezależnie od tego, z której strony sceny politycznej padają, wszystkie mają jedną wspólną cechę – zastępują argument emocją.
Internet dodatkowo wzmacnia ten proces. Platformy społecznościowe nagradzają treści wywołujące silne reakcje: gniew, oburzenie, ironię. Spokojny, analityczny język nie generuje takiego zasięgu jak wypowiedź, która może zostać udostępniona w formie mema.
Demokracja potrzebuje języka odpowiedzialności
Współczesna polityka nie może ignorować internetu. Media społecznościowe stały się głównym kanałem komunikacji między instytucjami państwa a obywatelami. Problem polega jednak na tym, że logika algorytmów nie zawsze jest zgodna z logiką demokracji.
Algorytmy premiują uproszczenie i emocję. Demokracja potrzebuje natomiast zrozumienia, odpowiedzialności i zaufania. Kotki tłumaczące reformę instytucji publicznej mogą wydawać się niewinnym eksperymentem komunikacyjnym. Podobnie jak pojedyncza ostra wypowiedź polityka może zostać uznana za element politycznego sporu.
Kiedy jednak oba zjawiska zaczynają dominować w przestrzeni publicznej, pojawia się poważniejsze pytanie: czy język, którym dziś mówimy o polityce w internecie, nadal sprzyja rozmowie o państwie – czy już tylko walce o uwagę?
Czytaj także:


